Parafia p.w. Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Witkowie Śląskim » 2013 » Luty

Parafia p.w. Zwiastowania NMP w Witkowie Śląskim

INTENCJE MSZALNE

22 lutego 2013

17.02 I Niedziela Wielkiego Postu
8.00 O Boże błogosław. dla Magdaleny Stąpor w 18 r. ur.
10.00 ++Bronisław, Katarzyna, Stanisława, Edward, Aleksander, Józef z rodz. Hotloś, +Edward Malinowski i za zm. z rodz.
12.00 +Władysław Rolka 2 r. śm.
18.02 Poniedziałek
17.00
19.02 Wtorek
8.00 Za Parafian
20.02 Środa
17.00
21.02 Czwartek
17.00
22.02 Piątek – Katedry św. Piotra Ap. –  święto
17.00
23.02 Sobota
14.00 Msza św. z okazji chrztu Justyny Karpińskiej
17.00 Dziękczynna w 30 r. ślubu Małgorzaty i Józefa Lewandowskich i z okazji 50 r. ur. Małgorzaty z prośbą o Boże błogosław. dla Jubilatów i całej rodziny
24.02 II Niedziela Wielkiego Postu
8.00 +Edward Świątek
10.00 Dziękczynna w 10 r. ślubu Moniki i Wojciecha Hotlosiów
12.00 +Elżbieta Domaniecka

Zdjęcia Magdaleny Smoleń

20 lutego 2013

Zdjęcia Katarzyny Malinowskiej

20 lutego 2013

Zdjęcia Iwony Sztendel

20 lutego 2013

Zdjęcia Doroty Staniszewskiej

20 lutego 2013

Zdjęcia Artura Grabowskiego

20 lutego 2013

Zdjęcia Anny Kościów

20 lutego 2013

Witków po II wojnie światowej

20 lutego 2013

Dziękuję mieszkańcom Witkowa za udostępnienie zdjęć z domowych albumów. Serdeczne podziękowanie kieruję także do Straży Pożarnej za udostępnienie materiałów zgromadzonych i opracowanych w Kronikach OSP w Witkowie. Panu Arturowi Grabowskiemu dziękuję za skopiowanie powierzonych materiałów, opracowanie i przekazanie parafii.

Ks. Janusz

Życiorys ks. Alfonsa Kotzura

20 lutego 2013

Zapisy z życia  zmarłego proboszcza, radcy duchownego

Alfonsa Kotzura

zapisane przez Hedwig Kotzur (siostrę proboszcza Alfonsa Kotzura)

Urodził się 13 lipca 1882 r. w Kluczborku, jako trzecie dziecko (z siedmiu) kultury – inżyniera Ignatza Koczura i jego żony Hedwig z domu Ehl.

Od wczesnego dzieciństwa, jego marzeniem było zostać księdzem. Dokładnie sobie przypominam, że codziennie po wspólnej kolacji sam się modlił: „Panie Boże, pozwól mi być dobrym księdzem”.

W Kluczborku uczęszczał do państwowego gimnazjum i tym samym w roku 1900 zrobił maturę. Następnie skończył studia teologiczne we Wrocławiu. Ponieważ nie był w wymaganym wieku, potrzebnym do święceń kapłańskich, dostał papieską dyspensę i otrzymał święcenia  23 czerwca 1905 roku od kardynała Kopp w swoim rodzinnym mieście Kluczbork.

W październiku 1905 otrzymał stanowisko kapłana i został skierowany do pracy duszpasterskiej w parafii św. Michała we Wrocławiu. Z zaangażowaniem poświęcał się szczególnie młodzieży. Z dużym zapałem i poświęceniem zakładał domy wspólnoty parafialnej, co wcześniej nie było zwyczajne zbyt częste.

W kwietniu 1911 jego niezmordowana działalność kapłańska, została zakończona wskutek krwotoku płucnego i przeszedł pod opiekę, odpoczynek do domu rodzinnego, gdzie był do października 1911 roku bez posady. To cierpienie bardzo go dotknęło, bo był przecież oddany Bogu. Mógł tylko oczekiwać, kiedy będzie znowu sprawny.

Po krótkim czasie okresie pracy kapłańskiej w Brzegu, przybył pod koniec 1911 roku jako Kuratus (opiekun) do Klasztoru Dobrego Pasterza w Bytomiu, gdzie pracował przez trzy lata działał, gdzie. Opieka nad zagrożoną młodzieżą  była jego ulubioną pracą. Ponieważ Przekonał się tam, że po wychowaniu klasztornym musi być zrobiona przerwa, zanim wychowankowie wrócą z powrotem do życia w świecie. Swoim wymodlonym zaangażowaniem założył dom dla samotnych,  z którego powstała praca społeczna. Troszczył się o wypuszczonych wychowanków i opiekował się tymi skoncentrowanymi grupami w różnych miastach. Moją mamę ciągle prosił, aby zwolnionych wychowanków wzięła do swojego domu, aby trafili w dobre ręce, co się też stało. W lecie 1913 roku znowu dostał poważnego krwotoku płucnego i krótko przed Świętami Bożego Narodzenia nagle był bliski utraty wzroku. Po wielu modlitwach i działaniach lekarskich jego stan zdrowia się poprawił i dalej mógł pracować. Jako coś wielkiego, myślę sobie, było to z jakim oddaniem Bogu mój brat zniósł cierpienie z powodu oczu. Nie przypominam sobie, aby kiedyś się na to skarżył. Najwyżej mówił „mój zły wzrok bardzo mi przeszkadza”. Gdy go kiedyś przed podróżą do Lourdes prosiłam, aby w związku ze swoim słabym wzrok prosił Matkę Boską o pomoc, to on powiedział „Nie, tego nie zrobię, mam inne życzenia, aby o nie prosić, Pan Bóg mnie wysłuchał, ponieważ utrzymał mi wzrok tak, że dalej mogę działać. Z tego jestem zadowolony i powiedział: „wiesz, można też pokochać swój krzyż”. Opiekujący się nim lekarz w Bad Eilsen wyjaśnił, że często swoim pacjentom stawiał mojego brata jako przykład, aby im uświadomić ile można dużą energią, nastawieniem osiągnąć.

20 lipca 1915 roku został proboszczem Witkowa w powiecie kamiennogórskim na Śląsku.

Na początku swojego probostwa powiedział mi „plebania musi być dla każdego otwarta i jestem o każdej porze gotowy z każdym rozmawiać”. Tak trwało tam jego 30-letnie proboszczowanie. Czasem chciałam się sprzeciwić, kiedy w niekorzystnym czasie był absorbowany. Często wtedy mówił: „Ludzie nie są  ze względu na księdza, tylko ksiądz jest dla wspólnoty”. Według tego wszystko przygotowywał. Wspólnota i też wielu z poza, przychodzili do niego ze swoimi troskami i prośbami o charakterze duchowym i ziemskim. Pan Bóg dał mu dar rozumienia ludzi i umiejętność radzenia. wchodzenia ludziom w duszę i  słusznego im radzenia.

Jego ulubiona czynność to spowiedź, konfesjonał. Przychodził zawsze, też gdy był zmęczony, szczególnie radosny ze swojego konfesjonału. Także po porażce podczas spowiedzi.  Mówił często: „ w krześle spowiednika, w konfesjonale jedna dusza przede mną, której mogę pomóc”. Wkrótce po objęciu swojego urzędu, prosił o zezwolenie, aby mógł wprowadzić podwójne nabożeństwo niedzielne i wyprosił, uzyskał pozwolenie. W kaplicy w Borównie, mógł zachować wszystkie świętości, odprawiać niedzielną Mszę św.. Niedzielne nabożeństwa w kaplicy sprawował przez wiele lat dopóki nie otrzymał kapłana do pomocy z klasztoru. To było często trudne, ale chciał wierzącym umożliwić uczestnictwo w nabożeństwach.

W pierwszych miesiącach jego życie we wspólnocie było ciężkie. Zapytana osoba z rady parafialnej odpowiedziała mojemu bratu, że tylko nieliczni zrozumieli go, co on by chciał, ale musi być cierpliwy, to się zmieni. Wtedy mój brat nabrał dystansu do swoich zamiarów i z większą miłością szukał dróg zbliżenia się do wspólnoty. Przez założenie stowarzyszenia młodych, Towarzystwo pracujących zawodowo kobiet, matek i kongregację, zbliżał się coraz bardziej do członków wspólnoty i przez to wzrastało do niego zaufanie. Szczególnym zaufaniem i zrozumieniem cieszył się w gronie młodzieży.

Bezrobocie w czasie pierwszej wojny światowej skłoniło mojego brata, aby się troszczyć organizować prace w domach we wspólnocie. Założył izbę, w której szyto i zatrudniał przez długi czas ok. 200 pracownic domowych do robienia na drutach skarpet wojskowych. Pisano, drukowano także książki pismem wytłaczanym dla niewidomych. W późniejszych latach założył dużego rozmiaru pleciarnie słomy i lnu. Ciągle szukał możliwości zatrudnienia bezrobotnych ze wspólnoty. Sam brał ze sobą słomiane buty i inne artykuły w podróże, jak np. do Berlina, aby zdobyć kontakty handlowe. Wielu osobom w ciężkich czasach pomógł. Ponieważ wyżywienie górników w czasie pierwszej wojny światowej było złe, brat podjął się zaopatrywania ich w masło. Podczas I wojny światowej pojawiły się problemy z zakupem żywności. Szczególnie z tego powodu cierpieli górnicy. Dlatego mój brat podjął się zaopatrywania ich w masło. Pokonywał godzinami drogi. Przemierzał duże odległości, rozmawiał z mleczarniami  i wszystkimi handlarzami masła. Przez to z czasem przynosił, pozyskiwał duże ilości masła dla górników.

Przez kupno dużej ilości kóz zapewnił zaopatrzenie w mleko dla dzieci. To, że wieś miała elektryczność światło było też dzięki dużym staraniom mojego brata. Dlatego nie szczędził wysiłku przed takimi dalekimi podróżami i staraniami, dopóki czegoś nie osiągnął, ponieważ były bardzo duże trudności z uzyskaniem nafty czy spirytusu do lamp.  Aby kierować miejscowością, wezwał do założenia spółdzielni rolniczej, przy czym on w zarządzie słowem i czynem dużo osiągnął. Nasi pracownicy fabryk, którzy pracowali w Kamiennej Górze, musieli wcześniej całe tygodnie zostać w niedostatecznych warunkach zakwaterowania, ponieważ nie było odpowiednich pociągów powrotnych. Mój brat osiągnął poprzez negocjacje z koleją, że pracujące społeczeństwo otrzymało połączenie kolejowe a młodzi przez to mogli wracać codziennie do kręgów rodzinnych.

Niektórym zadłużonym gospodarstwom, przez swoje kontakty, załatwił kredyty. Przypominam sobie, że w dniu licytacji danej osobie przyniósł potrzebne pieniądze. Aby poprawić warunki socjalne górników, podjął negocjacje z ówczesnymi osobistościami, przy czym musiał znosić niedobre słowa. Za tą troskę zdobył sobie miłość i zaufanie wspólnoty i coraz bardziej rozwijał ojcowskie stosunki, i to uczyniło życie wspólnoty pięknym. Każdy czuł się na parafii jak w domu, a ojcowskiego zaufania poszukiwał. Wspólne imprezy i zgromadzenia były prawdziwymi imprezami rodzinnymi. Wkrótce przygotował w Witkowie dom opieki dla wychowanków, który następnie został przeniesiony do Krzeszowa do dwóch nowo nabytych domów. Dom rozbudowywał się coraz lepiej, ponieważ pracowało się tam z miłością nad ulepszeniem. Mocno dotknęło go zarządzenie biskupa o rozwiązaniu tego domu. Po nadejściu tej informacji, od razu poszedł do kościoła i po długiej modlitwie powiedział do mnie: „Skończyłem to, Pan Bóg chce tego. Jutro zacznie z rozwiązaniem”. W ciągu jednego tygodnia dziewczęta zostały gdzie innej ulokowane i wszystko zostało sprzedane.

Podziwiałam jego oddanie miłości boskiej i jego posłuszeństwo, ponieważ czuwał nad jego pracą.

Praca Caritasu w regionie Kamiennej Góry była przez niego organizowana i tym samym był kierownikiem aż do swojej śmierci. W ten sposób zdobył domy dla sióstr Jadwigi w Lubawce, który został przygotowany na dom starców dla sióstr zakonnych z Kamiennej Góry. Z troską brał czynny udział w różnych zadaniach, które otrzymywał z innych miast i wsi. Do ostatnich swoich godzin życia zajmował się Caritasem. Pamiętam jak dyktował jeszcze „zasady wychowania” prawie brakującym głosem. Podczas pierwszej wojny światowej mój brat z własnej inicjatywy wziął do domu parafialnego rodzinę z trojgiem dzieci, którzy mieszkali u nas przez wiele lat. Także podczas drugiej wojny światowej nasz dom parafialny był mocno obłożony.  Bez wahania wziął dwóch chorych mężczyzn, jeden był ewangelikiem, a drugi tak potrzebował pomocy, że musiał być codziennie karmiony. Jedna sześcioosobowa rodzina także znalazła zakwaterowanie w domu parafialnym.

Gdy otrzymał pytanie, czy może przyjąć starszego księdza, odpowiedział bez większego zastanawiania się. Kiedy sprzeciwiałam się i mówiłam „Ty w ogóle nie wiesz, co to jest za osoba, czy on do nas pasuje i to może być na wiele lat”. Wtedy mi odpowiedział: „jeśli ktoś jest w potrzebie, muszę od razu pomóc, tak po prostu będzie. To był wtedy polski duchowny, który został zwolniony z obozu koncentracyjnego i nie mógł wrócić do domu rodzinnego. Przy wszystkich działaniach miał niezłomne zaufanie do Boga, i czynił, mimo dezaprobaty innych, gdy uznawał, że jego działania są konieczne.

Gdy mu duszpasterstwo dla wspólnoty Czarnego Boru zostało przez biskupa powierzone, odprawiał regularnie w szkole nabożeństwo niedzielne, dopóki mu tego nie zakazano. Dlatego rozpoczął nową budowę kościoła w Czarnym Borze, chociaż miał tylko do dyspozycji 250 Marek. Ufał pomocy Boga i mógł przeprowadzić budowę, a następnie przekazać samodzielnemu duszpasterstwu kościół bez długów.

Stowarzyszenie Kolping, założyła przez kupno budynku młyna, dom Kolpinga (dom noclegowy), z którego wychodziło dużo pouczeń, radości i był miejscem zakwaterowania dla wędrujących osób. Łaźnie wybudował przy dobrowolnej pomocy osób. Jego ostatnim dziełem życia była budowa kościoła w Czarnym Borze. Był obarczony wieloma zmartwieniami (troskami), ale jego twarde zaufanie Bogu pomagało mu pokonać wszystkie trudności i wysiłki. Często mówił „nie byłoby dobrze, jak bym nie miał trudności, a tak mam nadzieję, że się uda”.

Z wytężeniem dużej siły, ponieważ naprawdę już był cierpiący, wygłaszał  wiele kazań rekolekcyjnych, w niektóre niedziele wygłaszał po 5 do 7 kazań. W ten sposób  po różnych parafiach pozyskiwał fundusze, na budowę a potem by ten kościół był wolny od zadłużeń.

Gdy zaczęły się trudności z przeprowadzaniem lekcji religii w szkole, postanowił wybudować piękną salkę parafialną. Dużą radość sprawiała mu jego nominacja od biskupa na arcykapłana, a później na radcę duchownego. W doczesnych ziemskich kręgach, cieszył się dużym zaufaniem i został wybrany jako przewodniczący 50 stowarzyszeń w Kamiennej Górze i jako deputowany powiatu. Aby wzmocnić religijną świadomość w Diasporze, powołał do życia katolicki etaż i przez lata kierował.

Zdobył też sławę jako wybitny mówca na wieczorach wspólnoty. Latami był przewodniczącym centrum w regionie (powiecie) Kamiennej Góry i znany jako ten co oświecał lud. Za te wszystkie prace miał wśród komunistów i hitlerowców wielu wrogów. Ale miał także radość. Gdy po pierwszej wojnie  był  duży upadek ruchu kościelnego, nikt z jego wspólnoty nie wystąpił z kościoła. Kiedyś komuniści czyhali na mojego brata na drodze, na wyjeździe duszpasterskim. Gdy ich zauważył, kazał się zatrzymać i pytał: „Czy zabrać panów”? „My chcemy czego innego” -powiedzieli groźnie. Przez jego grzeczność dali mu spokojnie odjechać. Także w czasie nazizmu cierpiał dużo z powodu Gestapo. Wiele przesłuchań, kontroli, podejrzeń spowodowały jego zdenerwowanie i zaszkodziło jego sercu. Przy przesłuchaniach okazywał duże nieustraszenie.  W jednym przypadku, gdy odbywał wizyty domowe, aby pomóc rozwiązać konflikt w małżeństwie i udzielić katolickiego chrztu, zagrożono mu obozem koncentracyjnym i zmuszano go do podpisania odpowiedniego oświadczenia, że w razie następnego takiego przypadku jego postawa będzie inna.. Wtedy odpowiedział energicznie: „wyjaśniam Panu, że w razie potrzeby na pewno znowu pójdę”.

Cechą charakterystyczną mojego brata była też szczerość wobec ludzi. Chciał także, aby go tak postrzegali i nie odbierano jego słów źle.

Obcował z wyższymi i niższymi z taką samą otwartością.

Obcowanie z ludźmi było przyjacielskie i ojcowskie. Najpiękniejsze i ulubione godziny spędzał w stowarzyszeniu Kolping. Dużą radość sprawiało mu, gdy  młodzież  przychodziła do niego, aby  przedstawić swoje narzeczone.

Nie było żadnego żołnierza na urlopie, który by go nie odwiedził. Z taką samą otwartością i uwagą rozmawiał zarówno z pracownikami, ministrami jak i  z kanclerzem Rzeszy (Brüning).

Obcował z wyższymi i niższymi z taką samą otwartością.

Ponieważ w pracy tak dużo bluźniono na religię, chciał przez wieczory dyskusyjne uzyskać porozumienie. Na spotkania przybywali czołowi socjaliści i komuniści, którym w rzeczowy i przekonujący sposób wszystko dementował. Jego staraniem było także, aby przekonać ludzi, jakimi szczęśliwymi i radosnymi musi uczynić nas wiara. Domagał się ponownie tego, aby nie być tylko katolikiem w kościele, ale aby urzeczywistniać otwarcie katolickie  zasady w miastach, w pracy. Młodzieży mówił najczęściej „macie mieć radość i być szczęśliwymi, także tańczyć możecie, tańczcie i zachowujcie się zawsze tak, abyście następnego dnia mogli przystąpić do komunii świętej”. On sam był z natury radosny. Szczególnie podczas ważnych świąt w roku kościelnym  mówił często mimo zmęczenia „ co ja dziś taki znowu  szczęśliwy i radosny”! Słyszę w duchu jeszcze jego radosne Alleluja, które zawsze po liturgii w Wielką Sobotę na plebani rozbrzmiewająco czytał.

Był radosny i ciągle śpiewał pieśni. Jak zawsze wszystkich ojcowsko pocieszał. W każdym widział swoje dziecko i ponieważ przez swoją chorobę oczyu nikogo nie rozpoznawał, mówił ciągle „dziecko, kim jesteś”? Rozpoznawał każdego po głosie. Nie musiał w ogóle słyszeć imienia. Niektóre jego owieczki, szczególnie spośród młodych, dziękują mu do dzisiaj, że w czasach okresu burzy i naporu, gdzie byli w niebezpieczeństwie, wierzył w nich i nie opuścił ich, dopóki nie odnaleźli właściwej drogi życia.

Jeden mały epizod pokazał chyba także jego nastawienie. Przed świętami Bożego Narodzenia skradziono nam dwie odżywione gęsi i gdy się zezłościłam powiedział „podaruję im je, aby niemieli grzechu”.

Stosunki ze swoimi wikariuszami były ciągle harmonijne i  braterskie. Miał dobre relacje z nauczycielami i radą parafialną. Dla mnie mój brat był ciągle pełen miłości i dobroci i za każdą najmniejszą pomoc był bardzo wdzięczny. W jego życiu modlitewnym unikał wszystkiego co podejrzane. Był dużym wielbicielem Matki Boskiej. Jego pragnieniem było, by we wszystkim rozpoznawać miłość Boską.

W ostatnich latach wojny nie mógł być już taki aktywny, ponieważ jego praca była bardzo ograniczona  jego chorobą serca, pęcherzyka żółciowego, wątroby i uszkodzeniem wzroku.

Był to dla niego też ciężki krzyż, że nie mógł już mówić tak otwarcie, jak był przyzwyczajony, mimo to często mówił niebezpiecznie otwarcie.

11 kwietnia 1945 wziął udział w konwencji w Kamiennej Górze i wrócił ciężko chory do domu. Sądzono daremnie, że wróci do zdrowia. Usilna modlitwa wspólnoty nie została wysłuchana. W ostatnich tygodniach bardzo cierpiał. Nie mógł leżeć i prawie zawsze siedział w fotelu. Umarł także w fotelu siedząc. W jego chorobie przeżyliśmy ciężkie, ale i naprawdę podniosłe chwile. Mówił tak pięknie o wierze i prosił nas w swojej godzinie śmierci abyśmy modlili się wyznając wiarę. Często mówił do mnie „cieszę się myśląc o niebie, wtedy zobaczę Matkę Boską i Świętych”. Od lekarza chciał wiedzieć, kiedy umrze. „Jak mi powiedzą, że za godzinę, to sprawią mi radość”.

Bardzo wzniosłe było, gdy otrzymał ostatnie namaszczenie. Prosił, aby go ubrano w kapłańskie szaty. Niezapomniany pozostanie obraz, jak w całkowitym skupieniu podał ręce do ostatniego namaszczenia. Pokój Święty wypełnił pokój. Wzruszające było także pożegnanie z radą parafialną, ponieważ ich poprosił do siebie. Osobno z każdym Panem rozmawiał i każdy nisko klękał przy jego fotelu i otrzymał jego ostatnie błogosławieństwo. Także inni ze wsi przybyli i prosili o jego błogosławieństwo do póki nie zostały wyczerpane jego ostatnie siły.  Gdy już więcej nie mógł, wypełniony bólem powiedział: „do czego wam proboszcz, który nie może więcej błogosławić”?

Przez lata swojego kapłaństwa dużą wartość przywiązywał do udzielania błogosławieństwa i nikt nie odszedł od niego zanim nie powiedział „ Udzielam ci  jeszcze Bożego Błogosławieństwa”, a następnie naznaczał krzyż na jego czole.  Swoich zastępców prosił, aby przekazali swojej wspólnocie ostatnie pozdrowienia i błogosławieństwo, z pilną prośbą, aby w każdej sytuacji życiowej pozostali wiernymi katolikami.

17 maja 1945 roku wyglądał jak nieprzytomny i nic nie mówił. Krótko przed północą Pan Bóg zabrał go do domu. W Sali parafialnej wystawiliśmy go. Wyglądał tak spokojnie a jego błogosławione ręce były jakby wyrzeźbione z kości słoniowej. Wspólnota uroczyście pielgrzymowała za jego trumną. Z wielkim udziałem wspólnoty mój brat został pochowany w 3 piątek Zielonych Świątek.

Przybyło 13 kapłanów, którzy z wielkim poświęceniem wzięli udziału w ceremonii pogrzebowej. Większość musiała wracać pieszo, bo zaledwie jeden pociąg kursował, ponieważ Rosjanie przed kilkoma dniami wmaszerowali. Powiadomienie naszych drogich przyjaciół było niemożliwe, ponieważ nie było łączności pocztowej i nie ukazywała się żadna gazeta.

Ostatnie miejsce spoczynku brata jest przy wejściu do kościoła, jak było jego życzeniem. Z naszej wspólnoty, która jest teraz daleko rozproszona, otrzymuję coraz częściej pisma, które mówią o przywiązanie do mojego brata: „Gdybyśmy mieli jeszcze naszego kochanego Proboszcza, u którego szukaliśmy rad i pocieszenia”.

Dziękuję p. Margot i Joachimowi Winter za udostępnienie materiału, p. Krzysztofowi Rudnickiemu za tłumaczenie, p. Grażynie i Piotrowi Durołom za pracę na edycją tekstu.

Ks. Janusz

OGŁOSZENIA PARAFIALNE I Niedziela Wielkiego Postu 17.02.2013r.

17 lutego 2013

  1. Zachęcam do podjęcia postanowień wielkopostnych.
  2. Wyłożona jest Księga Abstynencji. Bardzo proszę o podjęcie takiego zobowiązania i wpisywanie się chociaż na okres Wielkiego Postu.
  3. Zapraszam na nabożeństwa wielkopostne – w piątek Droga Krzyżowa o godz. 16.30, a Gorzkie Żale w niedzielę o godz. 17.00.
  4. Zapraszam na: próbę chóru, która odbędzie się we wtorek o godz. 16.00; spotkanie Grupy Biblijnej w środę o godz. 18.30.
  5. Dziękuję za przygotowanie kościoła na dzisiejszą niedzielę.
  6. Polecam prasę religijną.

Ks. Janusz Ospa
proboszcz

Powered by WordPress | Valid XHTML 1.0 | CSS 2.0