Parafia p.w. Zwiastowania NMP w Witkowie Śląskim

Wspomnienie o ks. Alfonsie Kotzurze

15 lutego 2013

Wspomnienie ostatniego proboszcza Witkowa (z oryginalnego tłumaczenia)

Spisane przez Fritza Türk, nauczyciela w Witkowie

W książeczce o zmarłych śląskich kapłanach 1945-1946 znajduję skromną notatkę: Kotzur Alfons, GR, proboszcz Witkowa, ur. 13.07.1882, wyśw. 23.06.1905, zm. w maju 1945.

Kim był ten kapłan?

Właściwie trzeba by został nakreślony obraz życia tego wybitnego kapłana przez ludzi, których mowie i piórze więcej można ufać, ale i by można było znaleźć tylko prawdziwe słowa wdzięczności i dziecięcej miłości jego parafian.

W majowych dniach 1945 roku, kiedy we wszystkich niemieckich landach ludzi ogarniał strach i przerażenie, mieszkaniec tej małej śląskiej wsi górskiej został jeszcze jednym całkiem szczególnym strachem i niepokojem ogarnięty, ponieważ była ona opuszczona.

18 maja 1945 roku zmarł na plebanii urzędujący od 30 lat, w 40 roku swego świętego kapłaństwa proboszcz wielebny pan radca duchowny Alfons Kotzur – w 63 roku życia.

W tym bardzo złym czasie osierocił on katolików parafii Witków. Ten fakt odbija się do dzisiaj. Dokładnie wieś Witków wraz ze swoim proboszczem była znana jako jedność. Dzięki wielkiemu szacunkowi i miłości swoich parafian znosił, w każdym dniu po 1918 roku, nieprzyjaciół Kościoła i obcych w gminie, także podczas panowania nazistowskich rządów. Chociaż oni naszego proboszcza ciągali przed sąd, co osobiście odchorował, zniósł to jednak dzięki wielkiemu posłuszeństwu swoich parafian.

W trudnych latach po I wojnie światowej przekonał się proboszcz Kotzur osobiście o biedzie pracowników kopalni. Sam bywał wiele razy w okręgu, by wyrobić sobie na miejscu zdanie. On nie obawiał się wielu podróży do Berlina do rządu, osiągając to, że okręg górniczy Waldeburg-Dittersbach-Rothenbach uznany został za obszar potrzebujący pomocy, przez co robotnicy otrzymali trochę wsparcia.

Czas okupacji, smutne dni wypędzenia, wszystko musiał Witków wytrzymać bez swego duchowego centrum, bez swego mocnego Krzysztofa (Starken Christophorus – mocnego Chrystusowego oparcia; przyp. tłum.) na tyle na ile można się podnieść.

Proboszcz Kotzur spoczął przy swoim kościele pośród swoich dzieci na górskim cmentarzu witkowskiej gminy.

Jego życie!

Pewnie jest łatwo opisać życie wielkich świata, jako kapłańskie życie, oddziaływanie świątobliwego wiejskiego proboszcza, który w kościelnym jak i politycznym życiu, w szczególności przez jego wyraźną miłującą postawę, przez jego duchowe, ugruntowane kazania, których słuchać przybywano z daleka – i przez co odnawiał oblicze ziemi.

Ten kapłański żywot daje tylko trzy ustępy:

1. Po święceniach kapłańskich w 1905 roku powołany na wikariusza wielkomiejskiej parafii św. Mikołaja we Wrocławiu.

2. jako kurator u Dobrego Pasterza w Bytomiu.

3. od 1915 do 1945 jako proboszcz w Witkowie.

Wiele nie da się już określić, ponieważ ci, którzy przypominają sobie tamten dzień wprowadzenia na urząd tego wówczas 33-letniego proboszcza, to były większości jeszcze dzieci lub młodzież. Nasi starsi już wkrótce także niestety wymrą.

Inauguracyjne kazanie było przez „starszych” oceniane wtedy słowami: „Ten młody proboszcz ze swoją przeszywającą swadą będzie doprowadzony pewnie wkrótce ku większemu zadaniu”. Najbliżsi kochanemu Panu Bogu byli zawsze wdzięczni za pozostanie naszego drogiego księdza proboszcza w witkowskiej parafii. Był on u nas rzeczywiście trzydzieści lat. Chociaż nasz proboszcz był obciążony ciężką nieuleczalną chorobą oczu, to był on jednak pełen energii, że z tym pragnieniem także polityczne gminy jego parafii wiele gospodarczych walorów jego inicjatywom zawdzięczają. Pamiętam przy tym Kolpinghaus, basen, zelektryfikowanie gminy, samodzielne rozpoczęcie starań o połączenie telefoniczne. Wiele się udało, o czym można by wspomnieć, jednak prowadziłoby to za daleko. Życie związkowe stało w wielkim rozkwicie. Pielęgnowano również bardzo teatralne przedstawienia amatorskie. A te wielkie dni – kto pamięta jeszcze Dni Biskupie, Dni Katolików i wiele Dni Nawiedzenia? To było dla nas „tamtejszych” tak jak dla uczniów z Emaus, nasze młode serca rozpalało i w nas przez swoją siłę mocno w serca zapadło.

Czym był dr Sonnenschein dla Berlina (zresztą znali się oni dobrze – apostoł wielkiego miasta i nasz wiejski proboszcz), tym był nasz proboszcz Kotzur nie tylko dla swojej parafii, nie tylko dla swojego powiatu, jedynie przez swoją pracę, obejmując całą dolnośląską krainę. Probostwo w Witkowie było jedną wielką twierdzą duchowego życia, mając „otwarte drzwi” dla swoich parafian i dalszej okolicy. Dla młodzieży parafialnej i nie tylko był proboszcz Kotzur kierownikiem duchowym. My jeszcze dzisiaj krytyczni pozostaliśmy wobec wszystkich tanich pochwał. Nasze myślenie zostało wyostrzone przez Niego tak, że wygnanie połączone z obcą ekonomią a zwłaszcza religijnymi stosunkami mogły dać nam zmysł etyki. Nie możemy być smutni dlatego, że on odszedł od nas za wcześnie, ponieważ na długie 30 lat mógł być naszym ukochanym proboszczem, w czynie i słowie (od szkiców kazań i notatek – nasz proboszcz pisał wciąż tylko w hasłach, ponieważ długiego pisania nie mogły znieść jego oczy – nie otrzymaliśmy potem żadnej z nich), jego zasiew w sercach pozostał. To jego dzieło, w jego całym kapłańskim działaniu widoczne owoce wydało, ponieważ nas wypędzonych z domu ojczystego na wszystkie strony, nie zniszczyło.

Wierzę, że nie jest możliwe, by tę jego kapłańską postać ująć w jednych ramach, które przez obfitość tej osobistości uchwycić można.

Wszystkim kapłanom, którzy przyjdą kiedykolwiek, o tym świątobliwym, przenikniętym miłością Boga i bliźniego, te wersy mogą być przyczynkiem do cichego wspomnienia.

Dziękuję P. Joachimowi i Margot Winter za udostępnienie materiału

i P. Arturowi Grabowskiemu za tłumaczenie.

Ks. Janusz

Pozostaw komentarz

Powered by WordPress | Valid XHTML 1.0 | CSS 2.0